sobota, 29 czerwca 2013

Imagin o Louisie cz.2

Myślałam że odpuściła, minęło już siedem dni od tej pamiętnej rozmowy. Ale nie wiedziałam jak bardzo się myliłam. Zbliżały się moje urodziny, a ona obiecała zorganizować mi najlepszą imprezę świata.
- Chodź, jedziemy! - krzyknęła w czwartek, czyli dzień przed moimi urodzinami?!
- Ale gdzie?
- Po sukienkę, głuptasie. Nie masz nic odpowiedniego.
- Nie mam kasy.
- Ale ja mam, wsiadaj a nie gadaj.
Wsiadłam, gdy dojechałyśmy do galerii przeszłyśmy chyba z dwadzieścia sklepów i nic nie znalazłyśmy, nagle obie zatrzymałyśmy się przed wystawą jednego ze sklepów, popatrzyłyśmy na tą samą sukienkę następnie na siebie i znów na sukienkę po czym weszłyśmy do sklepu i zapytałyśmy kasjerki:
- Gdzie można znaleźć tą śliczną czarną sukienkę w białe kropki, rozmiar 36-38.
Kasjerka wskazała nam drogę, wzięłam oba rozmiary i poszłam do przymierzali. Okazało się że pasuje na mnie 36, leżała idealnie... Popatrzyłam na cenę i aż się przeraziłam. Szybko przebrałam się w swój strój i wyszłam...
- I jak?
- Sukienka leży idealnie, ale nie stać mnie na nią.
- Ale na pewno leży idealnie? Podoba ci się?
- Tak i tak ale nie mam na nią kasy.
- Ja płacę...
- Ale to …
- Nie ma ale, należy ci się za te wszystkie okropności jakie ci sprawiłam – powiedziała po czym ruszyła w stronę kasy z sukienką za tak kosmiczną cenę że bałam się że gdy dostanie wyciąg z banku to zmieni zdanie i każe mi za nią oddać, a mnie naprawdę nie było na nią stać.
- To teraz jeszcze tylko buty – powiedziała i raźnym krokiem ruszyłam przed siebie.
- Ale ja nie mam pieniędzy na żadne buty w tym sklepie.
- Ale ja mam, chodź nie marudź bo sobie też muszę kupić.
I tak jakoś się stało że poszłam za nią już w trzecim butiku znalazłam śliczne buty, na 14 centymetrowej szpilce w czarnym kolorze w różowe różyczki. Idealnie pasowały do mojej sukienki... I o Boże! Były od niej o dwa razy tańsze!... [NN] toż sobie kupiła buty, na mniejszym obcasie gdyż jak to powiedziała – Nie mogę być wyższa od solenizantki – i ruszyłyśmy dalej, ale tylko po to by pooglądać rzeczy.
Następnego dnia zrzuciła mnie o siódmej z łóżka, zamierzałam iść na zajęcia, ale powiedziała że kategorycznie nie mogę. Po czym pół śpiącą zawiozła do fryzjera. Ten zrobił mi śliczne loki i lekko je podpiął u góry, dodatkowo wpiął mi we włosy kilka różowych różyczek i dodał – Te róże powinny się utrzymać około dwunastu godzin, ale różnie bywa przy tak wysokich temperaturach jak dziś – na co moja szalona kuzynka powiedziała że w razie czego kupi kilka w kwiaciarni i sama mi je zmieni. Zastanawiałam się jak mam przez cały dzień nie zniszczyć tej fryzury. Ale to nie okazało się problemem. Gdyż zaraz po wyjściu z salonu fryzjerskiego popędziłyśmy do kosmetyczki.
- Ale po co to wszystko – zapytałam przed wejściem do salonu.
- Dlatego że jesteś moją jedyną kuzynką, którą przez lata zaniedbywałam – odpowiedziała i zaśmiała się cicho...
Po kosmetyczce udałyśmy się jeszcze po jakieś drobiazgi do pasmanterii oraz po róże do kwiaciarni i aspirynę do apteki – to ostatnie było po to by róże dłużej wytrzymały.
Gdy skończyłyśmy zakupy była już 14... Więc [NN] stwierdziła iż możemy już jechać na moje przyjęcie. Zastanawiałam się po co to wszystko dla rodziny, ale okazało się że moja kuzynka zaprosiła całą szkołę i pół miasta, wynajęła salę w jakimś dworku... A z rodziny nie było nikogo poza kuzynami i kuzynkami.
- To są moje urodziny – zapytałam w pewnym momencie.
- No tak... Coś nie pasuje? Nie ten kolor obrusów, jesteś uczulona na kwiaty? Co jest nie tak – zapytała z przerażeniem [NN]
- Nic, ale skąd wzięłaś na to pieniądze?
- No wiesz...
- Ja za to zapłaciłem – usłyszałam znajomy głos za sobą, gdy się obróciłam ujrzałam Louisa – chciałem Cię przeprosić a nie odzywałaś się do mnie, więc zorganizowałem Ci przyjęcie urodzinowe.
- Ja wychodzę – powiedziałam gdy tylko to do mnie dotarło.
- Nie zostań – powiedział Lou i przyciągnął mnie do siebie.
- Ja was zostawię samych – powiedziała [NN] i odeszła.
- Proszę wybacz mi, zrobiłem głupio ale zależy mi na tobie.
- A skąd wiesz że ja cię lubię?
- Po prostu wiem... Marcheweczko...
- Jak?
- Marcheweczko... Wymyśliłem to bo kocham marchewki a ty pomagasz babci przy nich, pasuje do ciebie.
- Dzięki... - w moim brzuchu chyba zbierały się motyle. To było... Przyjemne.
Louis wstał od baru o który się opierał, chwycił mnie za rękę i pociągnął.
- To że powiedziałam dzięki nie oznacza że możesz mnie porywać.
- Zatańcz ze mną – powiedział, ale wcale nie pytał o zgodę.
Tańczyliśmy przez jakiś czas, z przerwami na życzenia. Gdy w pewnym momencie powiedział:
- Nie złożyłem Ci życzeń, przepraszam
- Nie gniewam się na ciebie, nie umiem... - no nie, po co ja to powiedziałam?
Po tych słowach, przyciągnął mnie bliżej siebie i powiedział:
- Naprawdę, bo ostatnio się ponad dwa tygodnie nie odzywałaś. A ja cię naprawdę kocham.
- Wiem, ja ciebie też – i znowu, po jakie licho ja to powiedziałam!
On się uśmiechnął, przyciągnął mnie jeszcze bliżej. Tak blisko że prawie nie miałam czym oddychać, i szepnął mi do ucha:
- To dobrze... Znaczy że mogę to zrobić.
Po czym mnie pocałował, ten pocałunek był długi i namiętny ale przepełniony miłością i namiętnością.
- Lou...
- Proszę nie uciekaj – przerwał mi.
- Lou... Chyba się zakochałam.
- W kim?
- W tobie, wariacie.
Po długich godzinach spędzonych na tańcach z Louisem, odbiorem życzeń urodzinowych i prezentów. Oraz piciu zdecydowanie za dużej ilości alkoholu. No i przytulaniu Lou – a to ciekawe że można wpaść tak głęboko że nie będzie się potrafiło puścić ukochanego choćby na sekundę – zawsze śmiałam się z takich osób a teraz? Zrobiło się bardzo późno, a ja byłam zmęczona ale nie mogłam wrócić do domu, do rodziców i dobrowolnie zgodzić się na śmierć. I pomimo iż byłam pełnoletnia to zabiliby mnie za to że jestem pijana. Louis zaproponował że wynajmie mi pokój w hotelu. Zgodziłam się ale koniec końców obudziłam się w jego domu, w jego łóżku, w jego koszulce ;/
Obok mnie na kartce było napisane:
Śpię w sypialni gościnnej – dostałaś wygodniejsze łóżko. Jak byś się bała to dzwoń – przybiegnę. Jak byś potrzebowała pić – koło łóżka postawiłem ci wodę i sok. Jak byś zgłodniała – wyjdź z pokoju idź prosto dojdziesz do salonu, skręć w lewo będzie kuchnia. Buziaki Twój Lou.
Więc szybko wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam:
- Zostawiłeś mnie, w obcej sypialni. Pół nagą i sobie poszedłeś? Przyjdź tu albo się obrażę.
Do sypialni wpadł w ciągu niespełna po trzydziestu sekundach...
- Coś się stało marcheweczko?
- Tak, obudziłam się a ciebie tu nie było.
- Byłaś pijana, nie chciałem żebyś pomyślała że cię wykorzystałem.
- Kładź się tu albo się obrażę.
- Dobrze, dobrze! - Położył się obok mnie, i mocno do siebie przytulił oraz dał całusa w czoło...
- Obiecasz mi coś?
- Tak, ale co?
- Obiecaj że mnie nie zostawisz, nie rzucisz mnie jak jakiejś...
- Obiecuję.!
- Nie skończyłam.

- Ale ja skończyłem – powiedział po czym znów mnie pocałował. Tym razem w usta. Wszystko skończyło się tak że wylądowaliśmy razem pod kołdrą i mimo iż była już 9 w sobotę a ja byłam umówiona z moją kuzynką na 11 w dworku to żadne z nas nie zamierzało wstać. Przytulaliśmy się i cieszyliśmy swoją obecnością.

autorka: Crazy Mirror 
współautorka: Crazy Carrots

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz